środa, 5 października 2011

39 Charyzmatyczne przeżycie

Cześć!

Tydzień temu miałem przyjemność osobiście porozmawiać z jednym z czytelników mojego bloga (pozdrowienia dla Michała ;). Rozmawialiśmy na tematy dotyczące świadomych snów, prawa przyciągania no i w końcu o tym jak wyszedłem z ŁZS.

Podczas rozmowy poruszyliśmy temat, którego chyba jeszcze nie poruszyłem na forum mojego bloga. Poruszyliśmy bowiem kwestię wiary.

Dla każdego z nas wiara jest czymś zupełnie innym. Jedni wierzą w Boga, inni w pieniądz, siłę fizyczną a jeszcze inni w samych siebie. To nie ma znaczenia w co.

Kiedyś, jako zdesperowany nastolatek, byłem osobą dużo bardziej 'wierzącą' i uduchowioną niż dzisiaj. Nie mówię, że nastąpił we mnie obrót o 180 stopni. Nie. Prąc do celu jakim było wyjście z chorób skórnych pokładałem wielkie nadzieje w modlitwie i w cudach z nią związanych.

Pewnego dnia zdarzył się taki mały cud. Śmieszna sprawa.. Podczas zakupów w sklepie dowiedziałem się o pewnym księdzu-uzdrowicielu z Ugandy, który czyni wielkie cuda i raz na jakiś czas przyjeżdża do Polski. Ksiądz nazywał się John Bashobora (warto zerknąć w google). Poszperałem po internecie i dowiedziałem się, że w dosyć bliskiej przyszłości ów duchowny miał zamiar zawitać do Warszawy i odprawić tam 3 msze. Jako pełen zapału gimnazjalista postanowiłem zauczestniczyć chociaż w jednej z mszy. Okazało się, że do kościoła, w którym miały odbywać się te msze, zjeżdżali pielgrzymi z całej polski. Była możliwość zamówienia noclegu. Pragnę zaznaczyć, że wtedy mieszkałem ok 100 km od Warszawy a samo miasto było mi kompletnie obce. W takich okolicznościach nocleg był idealną opcją aby móc uczestniczyć w całych rekolekcjach. Niestety, nie było już miejsc.

Postanowiłem poszukać wsparcia u rodziny. Niestety, nie znalazłem go.. poza jedną osobą. Mój brat zaoferował się, że podwiezie mnie chociaż na jedną z tych mszy. Już na kilka dni przed byłem gotów do drogi. Pech mnie nadal nie opuszczał. Dzień przed wyjazdem mój brat zrezygnował..

Ja sam byłem zrezygnowany. Mimo to, postanowiłem się nie poddawać. Pomodliłem się. Kilka razy. Modliłem się o cud. Mijał pierwszy dzień wizyty. Minął drugi. Rozpoczął się trzeci. Tego dnia poszedłem do kościoła. Poszedłem do spowiedzi. Chciałem porozmawiać, nie wyspowiadać się.

- Czy wierzy ksiądz w cuda? - zacząłem
- ..Tak, wierzę. - odparł duchowny po krótkim zastanowieniu
- Dzisiaj zdarzy się Cud. Wyzdrowieję.

W trakcie rozmowy, ksiądz starał się ostudzić mój zapał. Ostrzegał mnie przed tym, że modlitwy nie zawsze są wysłuchiwane, że czasami nie są wysłuchiwane od razu. Mówił, że może mi nie wyjść. Miałem wrażenie, że tak na prawdę wcale nie wierzył w to co mi powiedział na początku.. Ja się nie poddałem, wierzyłem nadal.

Nieco posmutniały wróciłem do domu. Z tego smutku włączyłem sobie radio i skakałem po częstotliwościach.

Wtedy zdarzył się kolejny mały cud. Trafiłem na audycję na żywo z wizyty księdza Johna Bashobory w Warszawie. Osłupiałem! Siedziałem przy radiu a czułem jakbym tam był. Słyszałem komentarze jak niepełnosprawni wstawali z wózków, jak niewidomi odzyskiwali wzrok. Chłonąłem każde słowo. Msza dobiegła końca a ja dobiegłem do lustra - nic się nie zmieniło - pomyślałem.

Z perspektywy czasu, teraz wiem, że warto być cierpliwym. Wiem, że niektóre modlitwy potrzebują czasu aby zostały wysłuchane. Wiem, że warto wierzyć. Wiem, że warto czekać.


Maciek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwuj bloga przez pocztę!

x

ODBIERZ DARMOWY PREZENT

Dowiedz się jak pokonać ŁZS i inne choroby skóry!

W dodatku otrzymasz ode mnie mały prezent...

Prezent otrzymasz prosto na swój e-mail!



Zgadzam się z polityką prywatności